Blog > Komentarze do wpisu

Czarodziejka Kolorów


Było już po północy. Wyłączyła telewizor. Pilotem. Wyszła przez okno do ogrodu. Chciała obejrzeć zachód słońca. Lubiła zachody słońca, gdyż uważała, że są piękne. Wzięła do ręki tulipan. Rozpłynął się w jej dłoni, wyrzuciła ze wstrętem, i spojrzała na Zachód. Kolor pomarańczowy przesłonił
jej świat
zawirował w jednej chwili.

Znalazła się na ulicy zdominowanej czerwienią. Wszystko tu do cholery było czerwone. "Czerwień to zło", powiedziała
z wielką złością
wzięła butelkę z ziemi i walnęła nią jakiegoś żebraka. Ten umarł, a poznała to po tym, że powiedział "umieram". "Nie bij biedaka, bo się zmęczysz... poza tym to grzech", powiedział jej ktoś. Ten człowiek musiał być głupcem, ona będzie robić co jej się podoba, nawet jak by to miałoby być niemoralne i politycznie niepoprawne. Na jej rozkaz strażnik moralnośći zniknął z jej świata.

Cóż począć dalej? Wyciągnęła z kieszeni różdżkę i wyczarowała sobie źródełko, kawałek zieleni, i co tam chcecie? ("Chcemy złotą rybkę, wyczaruj nam złotą rybkę", krzyczałem, wraz z innymi dziećmi siedząc na widowni ). "Złotą rybkę? Dobra, oto i złota rybka". Żebyście widzieli jej uśmiech. Wyglądała tak szczęśliwie na tej scenie. Widać było, że dobrze się czuje w roli wróżki spełniającej życzenia.

Wtem eksplozja przeszyła powietrze. Na widownie wleciały dziwne ważki. "To jest napad", powiedział jeden z nich. No to wtedy zapragnąłem uciec. Odmówiłem brania udziału w takiej rzeczywistości. Rzeczywistość światowego terroryzmu to coś za wiele dla mnie. Ach, gdyby tak to przedstawienie które właśnie oglądałem było jedyną rzeczywistością. "Nie chcę umierać. Zrób coś", syknąłem do niej. "Odczaruj tę rzeczywistość". "Nie mogę", powiedziała. Poczułem w sobie gaz. I nastała ciemność.

"Umarłeś bratku... no to bardzo dobrze, teraz ja będę żyła". Machnęła dwa razy różdzką. Fioletowe iskry posypały się w powietrze. Dajemy czadu. Grała na gitarze jak nikt, śpiewała piosenki, których nie powstydziłby się sam pan Grechuta. Była moją ulubioną piosenkarką. Miałem nawet jej plakat w pokoju. A przecież grała tylko w szkolnym zespole... ale i tak dla mnie była gwiazdą na miarę Madonny. Nie poszedłem do szkoły, żeby zobaczyć ją na próbach. Podszedłem do niej. Prywatnie. Światła skierowały się nas.

"Pomóż mi w matematyce, proszę. Ty jesteś w tym dobry... ", powiedziała. Poczułem się doceniony. Niczym geniusz. Wziąłem ją za rękę. Oczywiście pod pretekstem pomocy w lekcjach... w dłoni miałem ukrytą kartkę z odpowiedziami. Czyli chwytając ją za rękę dyskretnie jej przekazałem ściągę. To był czyn! Uśmiechnęła się, jednak był to uśmiech gorzki - widziałem, że coś ją trapi... W końcu przechyliła głowę i powiedziała: "A wiesz, że Granat przyniósł dziś do szkoły karabin maszynowy? Widziałam, pokazywał mi. Miał w plecaku...". No tak to straszne, nasz kolega z klasy zrobił właśnie coś nielegalnego, przeraziłem się. "Na krew cara! Milicja! Musimy uciekać! Aresztują nas za niego!" zacząłem krzyczeć. To ona złapała mnie za szyję i zaczęła mnie siłą uspakajać. "Siłą uspokajać" - cóż za oksymoron.

No ale w końcu się uspokoiłem i tego samego dnia jeszcze poszliśmy na ciastka. Ciastka czekoladowe idealne dla młodzieży. Jesteśmy młodzi - żyjmy młodo. Jedzmy ciastka.
środa, 07 maja 2008, johnny.loner

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: