|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Moje blogi
Pozostałe linki
|
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Dostałem dwie wiadomości. Najpierw:
Mamy przyjemność przedstawić Wam nową odsłonę serwisu Blox.pl. Przebudowaliśmy go mając na celu dwie rzeczy - żeby pisało się Wam jeszcze lepiej ;-) i by Wasze blogi były lepiej widoczne (a przez to częściej odwiedzane). (bla, bla, takie pieprzenie jeszcze przez parę linijek...) A później: Witaj, Otrzymałeś dzisiaj od Gazeta.pl nieaktualne informacje. Wysłane one zostały przez pomyłkę. Prosimy zignorować ich treść. Przepraszamy za związane z tym niedogodności i życzymy Szczęśliwego Nowego Roku, Sounds ironic, huh? ;) Chociaż może to i dobrze, blox nie jest idealny, ale ja z niego korzystam. Gdyby zaczęli cokolwiek zmieniać, raczej bym się wyniósł ;)
niedziela, 02 października 2011
piątek, 24 czerwca 2011
Wróciły autobusem do swojego miasteczka. Weszły do domków i przykryły się kołderkami ;) Dzień później wstały, umyły ząbki i znowu do lasu. Nie było im mało. Tych drzewek pachnących i kamieni, które runować można było. Przed wyjazdem jednak zjadły rosół. Bo mama Daphne ugotowała wczoraj i jeszcze trochę zostało. Emi przyszła więc z samego rana do domu przyjaciółki i na przywitanie poczęstowała ją czekoladą z nadzieniem, na zachętę do jedzenia obiadu. Następnie przeszły do kuchni, zjeść czekającą na nich zupę. Ale wpierw (na zaostrzenie apetytu) Daphne wyciągnęła spod stołu wódkę i zaczęła rozlewać po kieliszkach. Następnie uniosła swój kieliszek z pozdrowieniem "Salut. Niechaj słońce świeci mocno w te pierwsze letnie dni" Emilka uśmiechnęła się z radością, gdyż wiedziała, że słowa wypowiadane przez ludzi mają moc sprawczą i że teraz na pewno tak będzie, jak właśnie Daphne powiedziała, że będzie. - Co wy tu robicie, co wy tu pijecie? - do kuchni weszła zwabiona okrzykami matka Daphne. - Wódkę. - rzekła Daphne. - no to spoko. Wódka zdrowa jest. Zostaw trochę tylko kotu, bo on też lubi popijać. - powiedziała uspokojona niewiadomo czym matka Daphne, po czym wyszła z kuchni. Dziwne zachowanie kobiety nie uszło uwadze Emilki, jednak Daphne już podniosła rękę powstrzymując ją przed zadaniem wielu niepotrzebnych pytań. - Zaczarowałam ją. Umieściłam w jej głowie myśl, że wódka jest mlekiem. Dlatego myślała, że wódka jest zdrowa, i że koty ją piją. Następnie wypiły drugą kolejkę i zaczęły jeść zupę. W rosołku pływały kawałki mięsa i wysokiej klasy makaron. Zupa była najwyższej jakości, przygotowana według starej receptury rodziny Antonów, z których Daphne się wywodziła. Jej matka przygotowywała obiady dla całej okolicy nieraz, takie były dobre. Ludzie wpieprzali to równo. Jadły, jadły... i będąc mniej więcej w połowie talerza, zadzwonił do nich Mikail. - no siemacie dziewczyny, jak wam smakuje? Ja jestem właśnie w połowie talerza i mówię wam, że zupka jest wyśmienita. Dawno takiego dobrego towaru nie próbowałem, a pracuję przecież w restauracji, więc powinniśmy mieć dobre zupy. Ale nie mamy. Nasze żarcie to syf w porównaniu z tym. I słuchajcie, jest taka sprawa, rozmawiałem z kierownikiem i zgodził się podpisać umowę na więcej tych zupek, to przekaż swojej mamie, to sobie tam trochę zarobicie jeszcze na tym. - okej, przekażę. Dzięki, że zadzwoniłeś. - powiedziała dziewczyna i odłożyła słuchawkę na widełki. Po każdym posiłku następuje jednak moment, kiedy należy odejść, wstać od stołu, zakończyć swoją wędrówkę po obiedzie. Toteż wstały nasze dziewuchy, wyszykowały się do wyjścia, wzięły do rączek swe plecaki i zaczęły dreptać na przystanek. Autobusy jeżdżące do lasu były biało-brązowe i takich należało wypatrywać. Jeździły tu przecież jeszcze zwykłe, czerwone autobusy miejskie, jeżdżące tylko po najbliższej okolicy. Jednak autokar do lasu odchodził rzadko. Co pół godziny, w porywach do dwudziestu minut. A więc czekały na przystanku. Zauważyły, że nawet im to sprawia radość. To pewnie zasługa wódki. Ale wyjęły jeszcze piwo, i popijały sobie, tak na wszelki wypadek. Bo jak za wolno pijesz, alkohol może z ciebie wylecieć, zanim w ciebie wejdzie, człowiecze. A wtedy będzie problem. Nie należało być zbyt trzeźwym. Bycie trzeźwym to porażka. To dobre dla lamusów. Kiedy były pijane i widziały kogoś, kto był trzeźwy, wyśmiewały go. Teraz też siedziały na ławeczce i śmiały się z przechodzących ludzi. Bo jakaś stara baba, albo dziadek. Albo zwykła młoda dziewczyna, tylko za bardzo wylansowana. Albo chłopak, który chce być fajny, tylko mu się nie udaje - wiele było osób, "typów" osób raczej, odpowiednich do tego, żeby stać się ich przedmiotem żartów. Nawet nie zauważyły, kiedy przyjechał ich autobus i wskoczyły do niego w ostatniej chwili. Ironią losu teraz to z nich ktoś mógłby się śmiać.
sobota, 31 października 2009
Postacie były coraz bliżej, już było widać ich cienie. Lada chwila miało się okazać kto to taki za chwilę wybiegnie z pieczary, w którą się wpatrywały. O, już wiadomo. To sataniści. Oczywiście. To tylko źli sataniści z butelką wina w ręku. Pili wino ku chwale szatana. - Patrzaj, to sataniści! - Czarem go! - Nie, głupia! Wodą święconą! Daphne chlupnęła jednemu sataniście między oczy wodą święconą marki St. Joseph, a Ami wzięła do ręki krzyż i zaczęła odprawiać egzorcyzmy. Woda święcona zadziałała natychmiastowo wypalając sataniście połowę twarzy. Niestety nie było więcej wody. Daphne więc wzięła drugiego satanistę za fraki i rzuciła go w dal. Poleciał z dwa metry i osiadł na ziemi. Tymczasem drugi satanista jęcząc próbował jakoś się ratować. Woda święcona wypaliła mu oczy, ale to go nie ruszyło! Tarzając się po glebie próbował uciekać po omacku! Ale Ami stała nad nim i odprawiała egzorcyzmy więc z każdą sekundą czuł się coraz słabszy, aż w końcu padł. - To mamy ich z głowy! Wtem dobiegł ich jakiś szmer. Spojrzały, a zza drzewa wyskoczył znajomy wiewiór. - Nie bójcie się! Wezwałem policję! Już tu jadą! I rzeczywiście, już widziały jak po ścieżce wspina się dwóch przedstawicieli prawa. - Stać, policja! Wszyscy na ziemię! - zawołał wyższy z nich. - Nie ruszać się, bo zrobimy z was hamburgery! - E, ty, popatrz, tam ktoś leży. - A to chyba ci sataniści, o których opowiadał wiewiór. - Tak, to właśnie oni - potwierdziła Daphne. - Wobec tego - dziękujemy! Odznaczyliście się wszyscy troje obywatelską postawą unieszkodliwiając dwóch wysłanników diabła. - powiedział policjant, zdejmując czapkę. Orzełek do niej przypięty rozbłysł promieniami odbijającego słońca. - I dziękuję, tobie, wiewiórku, żeś nas zawiadomił. Dziękujemy. Ci ludzie gromadzą się po pieczarach i piją wino. Od tygodni ich tropimy. A teraz mamy ich w garści. Weźmiemy tych dwóch jako zakładników i będziemy szantażować resztę. Powiemy, że jak nie opuszczą tych terenów raz na zawsze to powiesimy ich kolegów na suchej gałęzi. - Cudnie. - rzekła Daphne, jak zwykle kiedy słyszała tak głupi pomysł jak ten. - Wspaniale - rzekła Ami, żeby nie być od niej gorsza. - Ok, facet, my idziemy, proszę pana. - rzekła Daphne będąc ambiwalentnie grzeczno-opryskliwa. Lubiła w ten sposób się wyrażać, nieco ambiwalentny. Zabrały swoje plecaki i zeszły ze wzgórza. Potem wsiadły w autobus i pojechały do swoich domów. A potem poszły spać. A rano się obudziły i poszły do szkoły. Nic ciekawego. I na tym zakończymy :)
poniedziałek, 08 czerwca 2009
- Czas nas goni! Niezwłocznie musimy ruszyć w drogę jeśli chcemy dotrzeć do jaskini, nim
mrok zapadnie i na ziemię spadnie wielka ciemność. Nie wiadomo jakie to wtedy przerażające upiory napotkać na swej drodze mogłybyśmy - odezwała się z niepokojem Ami. - Ano racja, moja towarzyszko. Ruszajmy zatem w drogę póki błogosławione słońce oświeca naszą ścieżkę i chroni nas przed cieniem i niepokojem nocy - odpowiedziała w tej samej konwencji Daphne. Wzięły bidon, plecaki i ruszyły w górę ścieżką. Tam gdzieś była jaskinia. Nigdy tam jeszcze nie były, ale słyszały co nie co. Bo zrobił się rumor na ten temat. Miasteczko gadało. Podobno tam straszyło. Jaskinia duchów, tak mówili. Miejscowi sataniści ponoć podłapali tę plotkę i zaczęli tam czarne msze urządzać... podobno. Ale pytały Joulkę, a ta pokazała im zdjęcia zrobione komórką, więc coś było na rzeczy. A na tym zdjęciu - ściana jaskini, na nią kredą nabazgrane odwrócone krzyże, i pentagramy, a na ziemi zapalone czerwone świece i poprzypalane zdjęcie papieża. Sataniści jak nic. One się w to jednak nie bawiły, w żaden satanizm czy odwracacanie krzyży. Raczej były fascynatkami innej rzeczy. Jakiej? Ano były adeptkami magii. Ale tej dobrej. Wiecie, ten cały cudowny magiczny świat. Przeróżnorakie zjawiska paranormalne. A podobno przez tę jaskinię można było przejść do innego świata. Nie wiedziały, na ile to była prawda, więc chciały zobaczyć, może trochę poeksplorować podziemia też, poszukać jakiegoś złota, pozabijac jakieś orki. No, coś co umiliłoby im czas i byłoby jakąś ucieczką od codziennych problemów. Tak więc szły ścieżką w górę, starając się nie spaść. Wkrótce napotkały wiewiórkę. - O, patrz, wiewiórek! - O, jaki śliczny. - Witam was, drogie podróżniczki! - odezwał się pan Wiewiórka. - jaka to przyczyna sprowadza was na te niebezpieczne szlaki? - Szukamy wiedźmy!! Chcemy ją zjeść!! - zakrzyknęła Daphne. - Nieprawda, nie słuchaj jej, ona jest trochę nienormalna. Szukamy drogi do jaskini na górze, tej o której krążą legendy. - Poprowadzę was! Znam te rejony, wychowałem się tutaj! Poprowadzę was, ale tylko przyrzeknijcie mi jedną rzecz, zanim odbędziemy naszą wycieczkę. - Że co mamy przyrzekać? - spytała z niedowierzaniem Daphne. Nie dość, że gada, to jeszcze stawia warunki. - Przyrzeknijcie, że wrócicie do domu przed zachodem słońca. - Aha, na dobranockę i spać? - Nie żartuję. Po tym lesie, w nocy, szlajają się niebezpieczne istoty! Demony, cienie, i wszelakie upiory! Gdy tylko kogut zapieje, ulatniają się wnet pod ziemię i nie stanowią zagrożenia, będąc tylko skalnymi widmami. Jednak w nocy. Krew niech w was nie zalega, kiedy napotkacie takową istotę. Bronić się nie próbujcie, uciekajcie! - Będziemy. A teraz prowadź. *** Szły prowadzone przez wiewiórkę. W końcu znalazły się u wrót jaskini. Pożegnały przewodnika i zastanawiały się czy wejść do jaskini, czy może lepiej nie wchodzić, bo jeszcze tam ich coś napadnie. - Słuchaj, słyszałaś co on mówił? - Spytała z niepewnością Ami. - E tam, już bardziej się boję satanistów, niż jakichś, jak on to mówił, upiorów? - A jak spotkamy wiedźmę? - Oj, to ją zjemy, mówiłam ci. Nie bój się, mam przecież w plecaku ekwipunek magiczny, tylko go przygotujemy, odprawimy rytuały, pobłogosławimy tę ziemię i żadna wieðźma nam niestraszna. A jak spotkamy satanistów to rzucimy na nich czar trzeciego stopnia. - Umiesz takie? - Kiedyś robiłam, ale jak byłam z Matrixem. Pokazywał mi, jak to się robi. - wyjęła z plecaka różdżkę, świecę, i ezoterycznie wyglądającą księgę. - A krzyże? - Co krzyże? - Na nich działają? - Nie, no co ty, to nie wampiry. Sataniści są odporni zarówno na krzyże jak i czosnek. Jedynie woda święcona na nich źle działa. - Jak źle działa? - No, pali ich. Kiedyś na dyskotece jak byłam pijana to polałam dla żartu wodą święconą takiego satanistę z pierwszej klasy, to taki dym zaczął z niego lecieć. - To może polałaś go wódką, a nie wodą święconą? - Oj nie, mieliśmy wodę święconą, bo zasunęliśmy księdzu na religii wtedy. A wódki to nawet wtedy nie piliśmy, tylko jakieś sofie, wiesz, takie wina... no dobra, w każdym razie lepiej by było, gdyby ta wieðźma nas nie spotkała. Lepiej dla wieðźmy, oczywiście. Masz nadajnik? - Mam. - odpowiedziała jej Ami i wyjęła z plecaka elektroniczny przyrząd o wyglądzie miniaturowego słupa energetycznego. To miało za zadanie przesyłać energię magiczną. Ale było trochę uszkodzone, dopiero dzisiaj taki jeden kolega z klasy jej to zreperował i przyniósł do domu. Z samego rana zadzwonił do jej drzwi. - No to dawaj, podłączamy się. - Daphne wzięła od koleżanki nadajnik, położyla go na ziemi, zapaliła zapalniczką świeczkę, wkręciła ją w grunt, oraz otworzyła swoją księgę magiczną. Ami podeszła i przysiadła przy niej. Zaczęły odprawiać rytuał. To mogło być niebezpieczne. Mogłyby przez przypadek przywołać jakieś drzemiące w cieniu siły, które mogły ich opętać. Jak mawiał ksiądz proboszcz, demony tylko czekają, aż im się otworzy okno, przez które mogą wejść. Zaprawdę powiadam wam: wielka jest moc diabelska. Ano wielka. One jednak się nie przejmowały tym nic a nic, no bo rzecież były pokojowymi i chwalącymi naturę pogankami a nie żadnymi czcicielami diabła. Więc myślały sobie, że w sumie nic się złego nie może stać, jak poodprawiają sobie trochę czarów, czy pobawią się mocą. W końcu czuły, że są "tymi dobrymi", tymi po jasnej stronie, którzy walczą z ciemnością. I tak było. Jednak ciemność się budziła, czyhała na nich w tej ciemnej jaskini, do której odwagi nie miały wejść. Modliły się do Natury, wzywając jej moce. Nie przeczuwały, że moce te już na nie czekały, i to po to, żeby nimi zawładnąć. Podłączyły nadajnik do niewielkiego krzemienia. Jak zostało już wcześniej wspomniane, kamienie mają wielką moc. Nie wszystkie, niektóre mniej, niektóre bardziej, jednak czasem nawet niewielki kamyk potrafi mieć wielką siłę oddziaływania. Znana jest legenda o Qconie, św. Graalu wśród kamieni. Wyrobiony z quzoclitu, magicznej skały o kolorze złota, odbijającej światło tysiącem odblasków. Ma tak wielką moc, że gdyby został odnaleziony mógłby ocalić świat przed zagładą atomową. Gdy tylko podłączyły, zaczęły czerpać moc ze zmontowanego przez siebie urządzenia i kierować swoje myśli w stronę jaskini, próbując ją zbadać za pomocą jasnowidzenia. Jaskinia wydawała się pusta. Jednak nie do końca, wyczuwały obecność jakiejś istoty. Nie, dwóch istot. Dwie istoty pod ścianą jaskini, coś jakby przemawiały do siebie nawzajem. Nagle jeden się nachylił na drugim podnosząc jakiś przedmiot. - Oni walczą ze sobą chyba! - wypsnęło się Ami. I nagle coś się zaburzyło, dwie postacie gdzieś znikły z ich głowy. Równocześnie usłyszały jakiś hałas w realnym świecie, wydobywający się z wnętrza jaskini. - O matko, chyba idą po nas! Tupot stóp. Postacie zbliżały się. Trwało to od dobrej chwili. Jaskinia musiała być chyba rozległa. Co robić? Uciekać? Atakować? Spróbować nawiązać stosunki dyplomatyczne? Daphne nie miała takich wątpliwości. Już postanowiła. - Dalej, idziemy na nich! Wyjmuj sprzęt! Cały jaki masz! Nie wiemy z jakim rodzajem zagrożenia przyjdzie nam teraz walczyć, ale zabijemy to, cokolwiek to jest! Postacie były coraz bliżej, już było widać ich cienie. Lada chwila pojawią się u progu pieczary. CDN.
środa, 05 listopada 2008
Była dzieckiem kwiatem. Zbuntowanym kwiatkiem na śmietniku popkultury. Dzieci w szkole nie rozumiały jej i uważały ją za satanistkę. A przecież wcale tak nie było, po prostu była zbuntowana i tyle. Jej farbowane włosy, glany i policzki blade miały to podkreślać. Tylko tyle. Nie chciała prowokować aktów nietolerancji na własnej osobie. Jednak właśnie z tym się często spotykała. Bo była dziwna, taka inna, mówili. Daphne przyjrzała się małemu fioletowemu kwiatkowi. Tak, tym właśnie była, małym fioletowym kwiatkiem. Czemu nie mogła być taka jak wszyscy? Czemu nie mogła się wpasować w żaden schemat, czemu jej poglądy nie były szablonowe? Czemu tak bardzo lubiła łączyć sprzeczności? Nie tylko lubiła, wprost uwielbiała. Nadawać kształt rzeczom, interpretować dowolnie idee, koncepcje. Nie poddawać się trendom, a tworzyć własne. I dlatego też nie czuła potrzeby należenia do żadnej subkultury. Owszem, lubiła ostrą muzykę, ubierała się na czarno i lubiła zło... jednak była w dalszym ciągu sobą, pomimo, że zachowywała się i wyglądała jak metalówa. Albo bardziej jak gotka, bo miała na sobie elementy koloru fioletowego, co jak wiadomo symbolizuje gotyk. A podobno białe sznurówki na glanach symbolizują rasizm. Zasady życia w subkulturach nasuwały jej na myśl grypserę więzienną. Jednak Daphne czuła się bardziej artystką niż więźniem, więc subkulturowa grypsera nie obchodziła jej zbyt mocno. Bardziej rozpatrywała to w kategoriach inspiracji - po prostu czerpała inspirację z subkulturowej i kontrkulturowej estetyki tworząc własny styl. Nie tylko pod względem ubioru, ale również od strony światopoglądowej i ogólno estetycznej. Słuchanie przez jakiś czas punka mocno na nią wpłynęło pod tym względem. Nastawiło ją bardziej buntowniczo, niemalże anarchistycznie. Nawet kupiła sobie znaczek anarchii. Nie dlatego że była anarchistką, ale po prostu traktowała "A" w kółku jako ogólnie rozpoznawalny symbol buntu. Buntu, którego smaku nigdy nie zaznają nawet najgorzalsi anarchiści, gdyż nawet anarchia stawała się powoli u nich tylko kolejną szufladką. A ona się buntowała przeciwko wszelkim szufladkom, lubiła czuć wolność płynąca z braku ścisłego określenia. Owszem używała takich określeń w stosunku do siebie jak "dziecko kwiat", czy "buntowniczka", jednak były to jej własne określenia, którym sens nadawała ona sama, nie była związana żadnymi ciasnymi regułkami określonymi przez dorobek i tradycję danej subkultury. Podobno duszę miała zżartą przez złego ducha postmodernizmu, wedle którego można sobie wszystko do woli interpretować i nic nie ma ostatecznej i obiektywnej definicji. Może i tak. Dobrze jej było z tym. Wierzyła w wolną kulturę. Subkultura na licencji gnu, to jest to! Nie to, co się porobiło z trumetalami, że myślą, że mają monopol na glany i mhrok. Przecież każdy chce być dzisiaj mroczny, czemu nie umożliwić tego ludziom? Z zadumy egzystencjalnej i rozmyślań libertariańskich wyrwał ją zapach herbaty w filiżance trzymanej przez Emi ręce. To był istnie diabelski zapach. Dodała tam kardamonu, który jest nielegalny w pięciu stanach. Nie wiadomo dlaczego.
środa, 01 października 2008
Gorzka supermocna. Diabelskopiekielna satanistyczna herbata z dodatkiem
nielegalnego kardamonu. To właśnie znajdowało się w filiżance trzymanej
przez Emi ręce. Duchowe Tii. Dawało jej poczucie mocy i zdolności
paranormalne. W kształcie małych zamglonych obłoczków unosił się nad
filiżanką Duch Święty. Przeżycie było bliskie mistycznemu. Być może się
nawróci w akcie konwersji. Zastanawiając się nad wyborem swojej religii
rozważała oferty min. św. Jehowy, rastafarian, oraz zastanawiała się
czy przystąpić do Otwartego Kościoła Protestanckiego (opartego na
licencji gnu). To tyle jeśli chodzi o chrześcijaństwo i religie
pokrewne. Natomiast potępiała Kościół Katolicki, za kłamstwa,
zmienianie dogmatów, i to, że rytuał był ważniejszy od człowieka. KK
nie miał w sobie nic z humanizmu. To był raczej teoizm (nie mylić z
taoizmem) - skupienie się na Bogu pomijając zupełnie człowieka. I to
ich złudne przekonanie o uniwersalnych zasadach moralnych.
A przecież każdy człowiek sam ustala swoją moralność. A z dziesięciu
przykazań tylko piąte, szóste, siódme i ósme reprezentują jakieś
uniwersalne prawdy, a reszta to takie bajdurzenie. Pamiętaj abyś dzień
święty święcił. Głupota. Każdy dzień to święto, a każda chwila jest
niepowtarzalna. Chociaż mimo, że nie przejmowała się niedzielą to
jednak wierzyła w Boże Narodzenie czy Wielkanoc, ale oczywiście nie
brała tego dosłownie, że oto Bóg się narodził, ale wiedziała, że to
tylko taki mit, a tak naprawdę chodzi o zjawiska astronomiczne typu
Przesilenie Zimowe czy Równonoc Wiosenna. To trzeba owszem czcić,
ponieważ to są początki i końce zmieniających się cyklów Natury. A
Jezus? Jezus był tylko prorokiem... a kto czci go jako boga popełnia
grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu. I tak zastanawiając się nad chrześcijaństwem doszła w końcu do wniosku, że czuje się raczej poganką. Pogaństwo wydawało się jej bardziej prawdziwym stanem ducha. Jednak nie myślcie, że wierzyła w jakichś bogów czy modliła się do jakichś figurek. Nie, po prostu czciła Naturę i podążała za jej głosem. Dlatego przyszła tu, do tego lasu, razem z Daphne. No a Daphne... hmm... ujmijmy to tak - Daphne sprawiała wrażenie raczej osoby bardziej zachwyconej samym faktem odprawiania różnych mhrocznych, zakazanych przez kościół praktyk, niż doznawaniem jakiegoś głębszego religijnego przeżycia. Chociaż też lubiła gadać o Naturze, jednak Emi miała wrażenie, że robi to tylko dlatego, że to takie fajne, pogańskie, takie rdzenne jakby. No bo fajnie po prostu czuć się poganinem, kimś bardziej dzikim i mniej ucywilizowanym, niż reszta społeczeństwa. I dlatego należy mówić o Naturze i chodzić do lasu. A w domu palić świece.
piątek, 12 września 2008
"To tutaj" powiedziała Daphne wskazując na kamień pośrodku wśródlasu*. Naoglądały się Blair Witch Project i nieodpartość udania się do lasu wzięła górę. Czas odprawić jakieś rytuały magiczne i poigrać z tajemnymi mocami. Może nie wyjdą z tego żywe. Ale to nic. Wrócą do domu martwe, ale szczęśliwe. *wśródlas, albo inaczej "Śródlesie" to miejsce wokół którego jest las i drzewa, natomiast ono same jest otwartą przestrzenia. Śródlasem może być np. leśna droga, strumyk pośród drzew, polana, czy kombinacja powyższych. Śródlesie było kamieniowatym rozstajem dróg w kształcie zakrzywionej literki T.
niedziela, 11 maja 2008
To było w eleganckiej restauracji. Wiecie, takiej gdzie się wrzuca wieczorowe ciuszki, popija szampanem, i zapala świece, coby zrobić romantyczny nastrój. No i oczywiście była też scena, na której wokalistka o imieniu Oridea śpiewała właśnie cudną piosnkę. Oczywiście - ktoś złośliwy może powiedzieć, że takie śpiewanie to się nazywa niby "muzyka do kotleta"... Jednak ja bym tego tak nie nazwał, będąc tam i słysząc tę dziewczynę. Bo naprawdę, śpiewała tak, że można było posłuchać nawet o suchym żołądku. Nieważne. Nie o tym chciałem wam opowiedzieć. Gdzieś w ciemnych odmętach lokalu, przy jednym ze stolików siedziało dwóch młodych ludzi - chłopak i dziewczyna. Wtedy też zwróciłem na nich uwagę. I jak się miało później okazać, nie myliłem się co do nich. - Oj, to jeszcze nie koniec świata.- próbowała go pocieszyć. - Dla mnie tak! Nie mam już po co żyć! Wiesz co zrobię? Zabiję się! Może wtedy sobie o mnie przypomnisz! - wyciągnął z kieszeni pistolet i bez najmniejszego wahania strzelił sobie prosto w głowę. Została tylko mokra plama. Rzeczywiście, na jego garniturze była mokra plama. Efekt zabawy pistoletem-zabawką. - Niech patrzą, przecież to takie romantyczne... - Ale pomyśl jak by to było naprawdę. Facet strzela sobie w łeb, bo dziewczyna go nie chce. To już nie jest takie romantyczne. To nie ma nic wspólnego z romantyką, to jest normalnie żal.pl. - Właśnie... - Zaczął bawić się pustym kieliszkiem do szampana - Ale gdyby to było naprawdę? To co byś powiedziała? Tak naprawdę? - zaciekawiło go, jakby zareagowała, gdyby nie odgrywali tutaj akurat scenki dramatycznej (takie mieli hobby), gdyby "w realu" chciał ją zaciągnąć pod ołtarz. - Widzę. - Więc? - Oj, przecież wiesz, że cię kocham. - Tak? - no aż takiego wyznania się nie spodziewał. Co innego wziąć z kimś ślub czy pójść do łóżka, a co innego go... kochać? Love? What the fuck is that? Tak w więc sami widzicie, że tak do końca nie wiedział, na ile jej słowa brać na poważnie. - No jasne, kocham cię prawie tak mocno jak delicje - no, to rozwiało jego wątpliwości. - To za mocno. Odpuść sobie trochę. - powiedział, widząc, że sięga już po następną. - Nie mogę, jak sięgnę po jedną nie mogę się powstrzymać, i wpadam w delicjowy ciąg. - Zapisz się więc na odwyk. - Nie mogę, już chodzę na jeden. Nie wyrobię z czasem. - Chodzisz na odwyk? - No, na AA. - Que...? Przecież nie jesteś alkoholiczką. Oj wiem, ale chciałam zobaczyć jak to jest, co się wtedy czuje jak się uczestniczy w takim mitingu. Wiesz, to niesamowite uczucie - pełna sala, wszyscy na mnie patrzą, a ja wstaję i mówię "nazywam się Magda i jestem alkoholiczką". - Taa, mniejsza o to, że to nieprawda, ale dobrze jest. - Oj tam, nikt się nie skapnie. Nie takie rzeczy się robiło.
Ptak leciał nad... miastem. I padało wtedy - mokre dachy... dwie wieże Eiffla... ...i przystanek autobusowy - moja droga ze szkoły I padał wtedy deszcz, a ty szłaś ulicą a kiedy szłaś chodnikiem, to deszczu kroples spadały ci na włosy, Podszedłem do ciebie. Spodobałaś mi się... białe gumisie... one przypomną chłopca ci... Szokolada. Brązowe kostki z nadzieniem. wgryzamy się w nie wtedy kiedy zdaje nam się że czujemy miłość Jak więc wierzymy w to uczucie? Uwierzmy zatem w nas... I to się nazywa związek. Synteza. - Ale to niema prawa zaistnieć - Więc sprawdźmy czy tak jest w istocie. W jakim takcie pracujesz, jakim rytmem żyjesz? Ważne dla ciebie są sekundy, minuty, czy godziny? Ty to chyba mierzysz życie w sekundach każdą chwilę przeżywasz pełnią siebie... I ja zazdroszczę ci tego sekundowego naliczania Jak to się robi? Naucz mnie czuć te... sekundy. Podziel się - jak szokoladą przełamywaną na pół. A słyszałaś co mówił Forrest Gump? |